Z tygodnia zrobił się miesiąc. Potem trzy.
Płakałam długo. Nie cicho, nie powstrzymywana
Dużo pracowałem. Byłem zmęczony. Ale to było takie zmęczenie, po którym zasypia się spokojnie, nie z rozpaczy.
Koledzy nie zaakceptowali mnie od razu, ale bez złośliwości. A Viktor... zawsze trzymał dystans. Nie flirtował. Nie dawał żadnych do zrozumienia. Czasami po prostu pytał, czy jadłam i zostawiał mi na biurku paczkę z jedzeniem „na wszelki wypadek”.
Zostałem jeszcze jedną noc, pomogłem zamknąć kuchnię. Zatrzymaliśmy się sami.
„Zmieniłaś się” – powiedział, kiedy myłam ręce. „Wróciło ci światło w oczach”.
Jestem zdezorientowany.