…potem było jeszcze gorzej.

"Kłamiesz."

W tym momencie coś we mnie pękło. Nie od słów – od nacisku. Tak się nie rozmawia z kimś, kogo się kocha. Tak się rozmawia z kimś, kogo się oskarża.

„Nie jestem winien żadnej ugody” – powiedziałem, zaskakując samego siebie. Głos mi drżał, ale nie przestawałem. „Jestem dorosłym mężczyzną”.

Wstał. Powoli. Podszedł bliżej.

„Należy ci się w moim mieszkaniu” – powiedział cicho.

I wtedy, po raz pierwszy, naprawdę się przestraszyłam. Nie jego. Ale tego, kim się stałam. Kobietą, która pozwoliła się wymazać. Wygodnym tłem. Cieniem.

Tej nocy prawie nie spałem. Patrzyłem w sufit. Przypomniałem sobie siebie sprzed lat. Jak potrafiłem się śmiać, kłócić i nie bać się dyskomfortu. I zrozumiałem: jeśli zostanę, nic ze mnie nie zostanie.

Zadzwoniłem dziś rano do córki. Powiedziałem tylko: