„Marius… Wiem, że masz swoje życie, swoje sprawy. Nie chcę być dla ciebie ciężarem”.
„Mamo, przygarnęłaś mnie, kiedy byłam nikim. Trzymałaś mnie w domu, kiedy inni odsyłali mnie z powrotem do systemu. Dzieliłaś się ze mną swoim jedzeniem. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj. Pozwól mi się kimś zaopiekować… chociaż raz”.
W ciągu kolejnych dni zaczęłam znowu oddychać. Miałam czyste ubrania, ciepłe łóżko, filiżankę herbaty stawianą na końcu stołu każdego ranka. Marius zawsze mi powtarzał: „Masz teraz czas. Cicho bądź”.
Ale gdzieś we mnie tlił się inny ogień – taki, który nie spalał domów, ale na nowo scalał świat.
Pewnego ranka, patrząc na ośnieżone szczyty gór, zapytałem go:
„Mariuszu… czy mogę zacząć od nowa? Odbudować farmę?”
Uśmiechnął się, ale nie z litością – a z szacunkiem.