Przez 12 lat opłacałam życie moich rodziców, a w rocznicę ślubu usłyszałam: „Wyrzućcie tego żebraka”. Następnego dnia odwołałam wszystko.

Cisza.

— Już nie wysyłam pieniędzy, ojcze. Absolutnie nie.

— Co masz na myśli, mówiąc absolutnie nie? A co z ratami? A co z domem?

— Dom jest twój. Moje życie należy do mnie.

Następnego dnia przyszedł Radu. Zdenerwowany, czerwony na twarzy.

— Wiesz, co zrobiłeś? Wpakowałeś mnie w kłopoty! Bank do mnie dzwonił!

— Sam spłacisz kredyt, jak dorosły.

— Ale dobrze zarabiasz!

— Już nie zarabiam dla ciebie.

Wyszedł, przeklinając.

Następowały dziwne dni. Ciche. Puste. Jak po burzy. Obudziłam się rano i po raz pierwszy nie musiałam sprawdzać, komu wysyłam pieniądze.

Kupiłam bilety. Krótki urlop. W górach. Sama. Usiadłam na ławce z gorącą herbatą w dłoni i poczułam coś nowego.

Ulgę.