„Potrzebuje szpitala” – szepnęła Arantes do Marcelo na korytarzu. „Jest... niedożywiona, cała w siniakach. Marcelo, musisz zadzwonić na policję. Musisz zadzwonić do opieki społecznej. Nie możesz ich tu trzymać. Technicznie rzecz biorąc, to porwanie”.
Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie
„To ratunek” – wyrzucił z siebie Marcelo, a jego oczy zabłysły. „Znalazłem ich w katastrofie. Jeśli oddam ich państwu, zostaną rozdzieleni. On trafi na oddział intensywnej terapii, ona do schroniska i nigdy więcej się nie zobaczą. Spójrz na nią, Arantes. Spójrz jej w oczy”.
Przez uchylone drzwi zobaczyli Lucíę. Stała obok przenośnego łóżeczka, które postawił lekarz, z ręką na poręczy. Nie patrzyła na lekarza. Patrzyła na drzwi. Czekała na zdradę.
„Mam najlepszy zespół pediatryczny, jaki można kupić za pieniądze” – powiedział Marcelo, zniżając głos do groźnego, niskiego tonu. „Zmienię ten dom w klinikę. Zatrudnię kilkanaście pielęgniarek. Ale zostaną razem. Zostaną tutaj”.
„Tracisz rozum” – powiedział lekarz. „To nie jest biznes, Marcelo. Rodziny nie da się kupić”.
„Nie kupuję ich” – powiedział Marcelo, patrząc na swoje dłonie, wciąż ubrudzone błotem z placu budowy. „Pozwalam im zająć przestrzeń, którą zaoszczędziłem przez dziesięć lat”.
Pierwsza noc była zejściem w zupełnie inny rodzaj wojny. Niemowlę, które Lucía nazywała Bento, budziło się z krzykiem co dwie godziny, a jego cienki, bolesny płacz rozbrzmiewał echem w cichych korytarzach rezydencji. Za każdym razem Marcelo zjawiał się przed pielęgniarkami. Z cienia obserwował, jak Lucía szepcze do niemowlęcia w języku kliknięć i nuceń, dialekcie pozbawionym szans na przetrwanie.