Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Wsiadła, chłonąc luksus przestrzeni szeroko otwartymi oczami, ale nie rozluźniła się. Usiadła na samym brzegu siedzenia, jej ubłocone stopy zwisały po grubym dywanie. Marcelo zajął miejsce z przodu obok Tiago. Nie mógł usiąść z tyłu; nie chciał jej przytłoczyć. Chciał, żeby poczuła się właścicielką tego małego wszechświata oprawionego w skórę.

„Chodź” – rozkazał Marcelo. „Zadzwoń do doktora Arantesa. Powiedz mu, żeby spotkał się z nami w domu. Powiedz mu… powiedz mu, że to pilna sprawa duchowa”.

Nigdy w rezydencji nie było tak zimno, jak wtedy, gdy przekroczyli próg. Marmurowe podłogi odbijały słabe światło żyrandoli niczym zamarznięte jezioro.

Dziewczyna, której imię, jak się później dowiedziała, brzmiało Lucia, nie dała się dotknąć pokojówkom. Odmówiła gorącej kąpieli. Odmówiła jedwabnej piżamy. Siedziała pośrodku salonu, niczym mała, buntownicza wyspa brudu w morzu złotych liści i aksamitu.

Doktor Arantes przybył po trzydziestu minutach. Był to człowiek, który od dekady leczył Marcela na stres i nadciśnienie, przyzwyczajony do narzekań bogaczy. Na widok dzieci jego profesjonalna fasada runęła.

—Marcelo, co to jest?

„Sprawdź dziecko” – powiedział Marcelo drżącym głosem. „Proszę. Tylko sprawdź dziecko”.

Dopiero po godzinie cierpliwych, cichych negocjacji Lucía pozwoliła lekarzowi dotknąć brata. Niemowlę, mające nie więcej niż cztery miesiące, cierpiało na poważne odwodnienie i wczesne stadium zapalenia płuc.