Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

„Mam ogrzewanie w samochodzie” – powiedział Marcelo z desperacką nutą perswazji w głosie. „Mam koce. Mam lekarza, którego mogę natychmiast wezwać do domu. Możesz pojechać ze mną. Tylko na dziś wieczór. Tylko do powrotu Eleny”.

Dziewczyna wpatrywała się w niego, badając jego twarz w poszukiwaniu charakterystycznego tiku kłamstwa. Marcelo nie odwrócił wzroku. Pozwolił jej zobaczyć pustkę, którą nosił w sobie, rozpaczliwy głód człowieka, który miał wszystko, a jednocześnie nie posiadał niczego.

„Jeśli go dotkniesz…” powiedziała, zniżając głos o oktawę do ostrej groźby. „Będę krzyczeć. I ugryzę. Wydłubię ci oczy”.

„Wierzę ci” – powiedział Marcelo delikatnie. „Nie dotknę tego. Będziesz trzymać przez cały czas. Nie puścisz. Ja tylko… ja tylko wskażę drogę”.

Powoli wstał i cofnął się od samochodu, żeby zrobić miejsce. Skinął na Tiago, który stał przy otwartych drzwiach, z ręką przy radiu, przerażony.

—Tiago, otwórz bagażnik. Przynieś kaszmirowy koc z tylnego siedzenia. Już.

Dziewczynka obserwowała ich niczym jastrząb. Wstała, nogi jej drżały, ale duch był nieugięty. Trzymała dziecko blisko serca, opierając jego brodę na swojej głowie. Szła w kierunku mercedesa ostrożnym, wysokim krokiem stworzenia wchodzącego w pułapkę.

Gdy dotarł do drzwi, zawahał się i spojrzał na nieskazitelne, kremowe wnętrze.

„Wsiadaj” – zachęcał ją Marcelo. „W porządku. Błoto nie ma znaczenia”.