Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

—Kim jest Elena?

Dziewczynka zawahała się, ściskając dziecko mocniej, aż jej kostki zbielały pod brudem. „Poszedł po chleb. Wczoraj”.

Wczoraj. Słowo zawisło w powietrzu, ciężkie i duszące. Dziewczyna zaginiona przez dwadzieścia cztery godziny w tej okolicy nie oznaczała chleba. Oznaczała tragedię, której miasto nigdy nie uzna.

Dziecko wydało z siebie kolejny jęk, bardziej westchnienie niż dźwięk. Jego skóra miała niebieskawy odcień pod ziemią. Marcelo z pierwotnym przerażeniem zrozumiał, że patrzy, jak umyka mu życie.

Imperium, posiedzenia zarządu, pusty żłobek… wszystko zawaliło się w tym jednym punkcie czasoprzestrzeni. Gdyby odeszła, gdyby zadzwoniła do władz i czekała, aż powolna machina biurokratyczna państwa zacznie działać, ta mała dziewczynka umarłaby w stercie mokrych szmat.

„Jest zimno” – powiedział Marcelo, wskazując na dziecko. „I jest głodne. Ty też jesteś głodny”.

„Nic mi nie jest” – powiedziała dziewczyna, choć całe jej ciało drżało delikatnym, rytmicznym drżeniem.