Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Dziewczyna wykrzywiła usta. To nie był grymas, tylko warknięcie. Cofnęła się, uderzając plecami o drzazgę w drewnianym słupku. Nie szukała wyjścia, bo wiedziała, że ​​go nie ma. Wpatrywała się w gardło Marcela. Oceniała dystans. Obliczała koszt ataku.

Marcelo rozpoznał to spojrzenie. Spędził życie otoczony drapieżnikami: mężczyznami, którzy kryli zęby za uśmiechami i prawniczym żargonem. Ale ta dziewczyna była czystym wyrazem przetrwania. Była kwintesencją wszystkiego, o co walczył, odartą z pozoru pieniędzy.

„Mam na imię Marcelo” – powiedział, kucając. Poczuł, jak materiał spodni robi się ciaśniejszy, a potem przesiąka, gdy kolana dotknęły błota. Wilgoć wnikała w jego skórę, zimna i szokująca. Wyciągnął ręce, wnętrzem dłoni do góry. Starożytny gest. Nie niosę kamienia. Nie niosę noża.

„Nie zrobię ci krzywdy” – wyszeptał.

Dziewczyna odezwała się po raz pierwszy. Jej głos brzmiał jak suchy zgrzyt, niczym papier ścierny po szkle. „Każdy tak mówi, zanim coś zabierze”.

Marcelo poczuł fizyczny ból w klatce piersiowej, ostry, miejscowy ucisk za mostkiem. „Nie chcę niczego zabierać. Chcę ci coś dać”.

„Nie chcemy tego” – warknęła, choć jej wzrok ją zdradzał, gdy spojrzała w stronę samochodu i z powrotem. „Czekamy na Elenę”.