Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Nie jadł potraw przygotowywanych przez szefa kuchni: gotowanego łososia, delikatnych purée. Jadł tylko chleb. Brał bochenek chleba na zakwasie i chował go pod poduszkę, odrywając kawałki w ciemności.

Trzeciego dnia gorączka ustąpiła.

Słońce wzeszło nad São Paulo, wypalając smog i deszcz, rzucając złote promienie przez sięgające od podłogi do sufitu okna biblioteki. Marcelo zastał Lucíę stojącą przed ogromnym obrazem: abstrakcyjnym dziełem w czerwieni i czerni, które kosztowało ją ćwierć miliona dolarów.

„Co się stało?” zapytała, nie odwracając się.

„To obraz” – powiedział Marcelo. „Ma reprezentować… energię. Ruch”.

„Wygląda jak ogień” – powiedziała. „Wygląda jak noc, kiedy targ spłonął”.

Marcelo usiadł w pobliskim skórzanym fotelu. „Gdzie są twoi rodzice, Lucía?”

Długo milczała. Jedynym dźwiękiem było rytmiczne tykanie zegara stojącego w kącie.