Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

„Mama poszła do szpitala z kaszlem” – powiedziała. „Nie wróciła. Elena była naszą sąsiadką. Powiedziała, że ​​się nami zaopiekuje. Ale potem przyszli mężczyźni i zabrali jej telewizor. Potem łóżko. Potem wyszłyśmy na ulicę. Elena kazała nam czekać przy wielkim dźwigu. Powiedziała, żebyśmy tam zostały i się nie ruszały”.

—Jak dawno to było?

Lucía spojrzała na niego pustym wzrokiem. „Dużo deszczu. Nie wiem”.

Marcelo poczuł falę mdłości. Pomyślał o swoich posiedzeniach zarządu. O godzinach spędzonych na debatach o oprocentowaniu kredytów, kosztach betonu, zwrocie z inwestycji w nowe luksusowe centrum handlowe. Podczas gdy on liczył swoje miliony, ta sześcioletnia dziewczynka liczyła deszcze, trzymając umierające niemowlę w błocie.

—Nie musisz już czekać na Elenę—powiedział Marcelo.

Lucía odwróciła się, a jej twarz stężała. „Przyjdzie. Obiecał”.