Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

„Wiem” – powiedział Marcelo, czując w ustach smak kłamstwa niczym popiół. „Ale dopóki tego nie zrobię, ty będziesz szefem tego domu. Rozumiesz? Cokolwiek zechcesz. Cokolwiek Bento będzie potrzebował”.

Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złoconym suficie, po marmurowych posągach. „Chcę drzwi zamykanych na klucz” – powiedziała. „Od środka”.

Minęły dwa tygodnie. Imperium zaczęło się rozpadać na kawałki. Asystent Marcela, nerwowy mężczyzna o imieniu Sergio, dzwonił czterdzieści razy dziennie.

„Panie, fuzja ze szwajcarską grupą... czekają na twój podpis. Zarząd pyta, dlaczego nie byłeś w biurze. Krążą plotki, Marcelo. Mówią, że miałeś załamanie nerwowe”.

„Powiedz zarządowi, że jestem zajęty” – powiedział Marcelo, patrząc przez okno, gdy Lucía niepewnie szła przez nieskazitelny trawnik, niosąc przy piersi Bento w nowym nosidełku.

—Zajęty czym?

—Z czymś, co naprawdę istnieje, Sergio.

Rozłączył się. Wtedy zdał sobie sprawę, że fuzja go nie obchodzi. Nie obchodziło go, czy szwajcarska grupa się wycofa. Nie obchodziło go, czy cena akcji gwałtownie spadnie. Spędził życie, budując górę, na której mógł stanąć, tylko po to, by odkryć, że powietrze jest zbyt rozrzedzone, by oddychać.

Jednak świat nie rozstaje się łatwo z mężczyznami takimi jak Marcelo.