Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Kryzys nadszedł w postaci czarnego sedana, podobnego do jego własnego, który wjechał na podjazd we wtorek rano. Wysiadła z niego kobieta w nienagannym szarym garniturze, niosąc teczkę, która wyglądała jak pistolet. Za nią podążało dwóch umundurowanych mężczyzn.

Rada Opiekuńcza. Państwo przybyło.

Marcelo powitał ich w holu. Stanął u stóp głównych schodów ze skrzyżowanymi ramionami.

„Panie Silva” – powiedziała ostro kobieta. „Otrzymaliśmy zgłoszenie z gabinetu dr. Arantesa. Na terenie posesji przebywają dwie osoby nieletnie, które nie są pana prawnymi podopiecznymi. Nie zgłosił pan sprawy na policję. Nie skontaktował się pan z opieką społeczną”.

„Umierali” – powiedział Marcelo. „Uratowałem ich”.

„O tym zdecyduje sędzia” – powiedziała, idąc dalej. „Mamy nakaz, żeby zabrać ich do ośrodka dla osób w trudnej sytuacji. Jeśli będą stawiać opór, funkcjonariusze zainterweniują”.

Z góry schodów dobiegło ciche westchnienie.