Marcelo podniósł wzrok. Lucía była tam, trzymając Bento tak mocno, że dziecko zaczęło płakać. Słyszał słowo „centrum”. Widział mundury.
Nie krzyczał. Nie uciekał. Spojrzał na Marcela.
Marcelo podniósł wzrok. Lucía była tam, trzymając Bento tak mocno, że dziecko zaczęło płakać. Słyszał słowo „centrum”. Widział mundury.
Nie krzyczał. Nie uciekał. Spojrzał na Marcela.
To było spojrzenie kogoś, kto w końcu pozwolił sobie uwierzyć w cud, a potem zobaczył pęknięcia na niebie. To spojrzenie oskarżało go o najgorszą zbrodnię: o to, że dał jej nadzieję.
„Nie zostawiaj ich” – wyszeptała.
Funkcjonariusze zaczęli wspinać się po drabinie.
„Czekaj!” krzyknął Marcelo. Stanął przed starszym oficerem z wyciągniętą ręką. „Podpiszę wszystko. Kupię centrum. Przekażę departamentowi dziesięć milionów. Tylko pozwól im.”
„Wiesz, że to tak nie działa, panie Silva” – powiedziała kobieta z błyskiem litości w oczach.
„Pieniądze nie mogą być ważniejsze od prawa, jeśli chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Nie mają tożsamości. Nie mają dokumentów. Z tego, co wiemy, zabrałeś je do… no cóż, wiesz, jak to wygląda. Samotnego mężczyzny, do zamkniętej rezydencji”.
Sugerowało to fizyczny cios. Marcelo poczuł, jak jego twarz płonie zimnym, sprawiedliwym gniewem.
"Mają tylko mnie!" - ryknął.