Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie

Policjanci go popchnęli. Lucia zatoczyła się do tyłu, uderzając plecami w drzwi pokoju dziecięcego: pokoju z gwiazdami i chmurami. Zaczęła je kopać, dzika i wściekła, wrzeszcząc za Eleną, za matką, za Bogiem, który zapomniał o niej w błocie.

Zabrali je.

Oderwali jej palce od poręczy. Zabrali jej dziecko z rąk: pierwszy raz od miesięcy zostali rozdzieleni. Dźwięk, jaki wydała Lucía, gdy ją wywlekali za drzwi, był dźwiękiem, który Marcelo wiedział, że będzie go prześladował aż do śmierci. To nie był płacz dziecka. To był dźwięk rozdzieranej duszy.

W domu znów zapadła cisza.

Ale to nie była dawna cisza. To nie była cisza mauzoleum. To była cisza pola bitwy po masakrze.

Marcelo stał na środku holu. Spojrzał na plamy błota na marmurze, których pokojówki nie zdążyły do ​​końca wyczyścić. Spojrzał na bochenek chleba na zakwasie porzucony przy schodach.

Poszedł do swojego biura. Usiadł przy biurku. Spojrzał na ekrany migające na zielono i czerwono: jego imperium, bijące jak cyfrowe serce.

Powolnym, rozważnym ruchem wyciągnął rękę i wyłączył monitory. Jeden po drugim.

Cisza stawała się coraz głębsza.