Rozejrzała się po pokoju, po tysiącach książek, po złotym suficie
Pewnego popołudnia, drogą żwirową, wjechał samochód.
Marcelo stał w ogrodzie, z podwiniętymi rękawami koszuli, z dłońmi ubrudzonymi prawdziwym brudem, a nie metaforycznym brudem miasta. Wstał, a serce waliło mu w piersi.
Otworzyły się tylne drzwi samochodu.
Wyszła dziewczyna. Była teraz wyższa. Jej czyste, starannie splecione włosy spływały jej na plecy. Miała na sobie żółtą sukienkę, która odbijała promienie słońca. Za rękę prowadziła małego chłopca, który szedł z chwiejną, upojoną gracją dziecka, które wie, że jest kochane.
Lucía zatrzymała się w drzwiach. Spojrzała na dom. Spojrzała na mężczyznę, który stracił wszystko, żeby ją znaleźć.
Nie pobiegła w jego stronę. Nie była taką dziewczyną. Szła równym i dostojnym krokiem, prowadząc brata.
Kiedy dotarł do Marcela, spojrzał na niego. „Matematyka przetrwania” zniknęła z jego oczu. Na jej miejscu pojawiło się coś głębszego, coś trwałego.
—Elena nie wróciła — powiedział cicho.
„Wiem” – powiedział Marcelo. „Szukałem jej wszędzie, Lucía. Przepraszam”.
Lucia skinęła głową, akceptując prawdę. Spojrzała na ogród, drzewa, otwarte drzwi domu, w których nie było zamków od środka.
„Bento już chodzi” – powiedział.