Rozkaz był jak skalpel. Tiago zerknął w lusterko wsteczne, marszcząc brwi. „Proszę pana, to nie jest miejsce na postój. Policja nawet nie…”
-Do.
Rozkaz był jak skalpel. Tiago zerknął w lusterko wsteczne, marszcząc brwi. „Proszę pana, to nie jest miejsce na postój. Policja nawet nie…”
-Do.
Mercedes zatrzymał się z sykiem, a ceramiczne hamulce zasyczały na brudnym asfalcie. Marcelo nie czekał, aż Tiago obejdzie samochód. Sam otworzył drzwi. Wilgoć uderzyła go niczym mokry wełniany koc, przynosząc zapach wilgotnej ziemi, spalin diesla i coś metalicznego: zapach ubóstwa.
Jego oksfordy, szyte na miarę, grzęzły w tłustym błocie chodnika. Nie przejmował się tym. Szedł w stronę ziejącej paszczy placu budowy, a serce waliło mu w rytmie, którego nie czuł od czasu swojej pierwszej wielomilionowej transakcji.
To była adrenalina podczas polowania, a może adrenalina, którą odczuwa człowiek skaczący z klifu.
Wtedy ją zobaczył.
Siedziała skulona w kącie, gdzie dwie blachy faliste stykały się pod nieregularnym kątem. Nie mogła mieć więcej niż sześć lat. Jej włosy były splątaną aureolą brązowego kurzu, a skóra pokryta szarymi żyłkami starej sadzy.