— Jestem… Leonorą… matką Radu… i proszę… proszę, wyciągnij mnie stąd…
Klara poczuła, jak podłoga pod nią drży. Przez kilka sekund nie mogła złapać tchu, a kobieta płakała cicho, bojąc się, że ktoś ją usłyszy.
Tysiące pytań kłębiło się w jej głowie, ale jedno bolało bardziej niż wszystkie: jak synowa mogła zamknąć teściową jak zwierzę?
— Pani, nie zostawię cię tu — obiecała Klara. Na duszę mojej matki!
Pomógł jej wstać i oparł się o nią. Kobieta drżała cała, słaba, głodna i przestraszona. Gdy zbliżyli się do drzwi, usłyszeli kroki. Szybkie, zdecydowane kroki. Kroki kobiety.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem i w progu pojawiła się Weronika z oczami pełnymi nienawiści i zimnym, szalonym uśmiechem.
„Dokąd ty się wybierasz, głupia panno?”
Clara wiedziała wtedy, że nie może tracić ani chwili. Rozejrzała się, podniosła metalowe wiadro pozostawione przy schodach i z desperacką determinacją uderzyła Veronicę prosto w rękę, przez co ta upuściła telefon.