Spóźnienie się do kliniki aborcyjnej

Chłopak skinął głową bez słowa.

Poszli do najbliższego sklepu z bajglami. Andriej jadł z apetytem, ​​a Irina patrzyła na niego z mieszaniną bólu i wdzięczności. Gdyby nie on… gdyby nie rachunek…

— Wiesz, powiedziała cicho, moje dziecko… zostaje ze mną.

Andriej uśmiechnął się szeroko, krzywymi, ale szczerymi zębami.

— Więc wszystko będzie dobrze, proszę pani.

Tego wieczoru Irina już nigdy nie wróciła sama do domu. Zadzwoniła do opieki społecznej, ale najpierw upewniła się, że Andriej ma gdzie spać i co jeść. Wróciła w kolejnych dniach, rozmawiała z pracownikami socjalnymi, jeździła na wycieczki, załatwiała papiery, nerwy.

Nie było łatwo.

Następowały ciężkie miesiące. Ciąża, osąd ludzi, samotność, zmęczenie. Ale też coś nowego: sens.

Rok później Irina miała dwoje dzieci. Adoptowanego chłopca, który drżącym głosem nazywał ją „mamo”, i niemowlę, które spało spokojnie w jej ramionach.