„Jestem gościem, mamo” – powiedziałam spokojnym, profesjonalnym głosem. „Przyleciałam dziś rano autobusem z Waszyngtonu o szóstej. Nie wypiłam jeszcze nawet szklanki wody”.
„Wody?” – warknęła. Spojrzała na mnie z wyrazem współczucia i irytacji w równym stopniu. „Możesz po prostu napić się wody z kranu w damskiej toalecie, jeśli jesteś aż tak spragniona. Tylko upewnij się, że nikt cię nie widzi – wygląda to desperacko. I na litość boską, popraw postawę. Stoisz jak mężczyzna. To niekobiece”.
Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się na swoich drogich szpilkach – Louboutinach z czerwonymi podeszwami, które błyskały jak światła ostrzegawcze – i odeszła, żeby dogonić jakąś mało znaczącą gwiazdę, której twarz mgliście kojarzyłam z reality show. Jej wyraz twarzy natychmiast zmienił się z kwaśnego grymasu w promienny, wyćwiczony uśmiech.