Wszedłem dalej w ogromną salę balową. Moja siostra, Jessica, stała obok misternej rzeźby lodowej – wyrzeźbionej w kształcie jej własnych inicjałów, z gigantycznym „J” splecionym z „S”. Jessica miała dwadzieścia dziewięć lat, trzy lata młodsza ode mnie, a mimo to wyglądała jednocześnie na starszą i młodszą. Była samozwańczą prezeską Luminy, modowego startupu specjalizującego się w „zrównoważonych, luksusowych akcesoriach”, który zdołał pozyskać trzy pełne rundy finansowania venture capital, nie zarabiając ani dolara.
Ale dla naszych rodziców Jessica była niczym innym jak Mesjaszem. Wyróżniała się wszystkim, co cenili: głośna, fotogeniczna i stale widoczna w mediach społecznościowych.
„Evie!” – rozległ się głos Jessiki, gdy mnie zobaczyła, nosząc to imię z dzieciństwa, na które przestałam reagować lata temu. Nie przytuliła mnie. Po prostu wskazała na mnie idealnie wypielęgnowaną dłonią, jakby przedstawiała mnie swoim druhnom jak egzotyczne zwierzę. Druhny, sześć kobiet ubranych w identyczne, przydymione, różowe jedwabne sukienki, odwróciły się i spojrzały na mnie z miną od lekkiego zaciekawienia po ledwie skrywaną pogardę.
„Patrzcie, kto w końcu wyczołgał się z koszar!” – krzyknęła Jessica z teatralnym entuzjazmem. „To GI Jane! Evie, powiedz, czy ty…