Maria nie chciała niczego kraść. To nie był ten człowiek. Ale wiedziała, że to, co znalazła, może zmienić życie – może nawet jej. Może Jakub nawet nie wiedział, co kryje się pod jego własną posiadłością.
Przewracając strony, poczuła zimny powiew wiatru w pokoju. Lampa zamigotała. Maria zamarła w bezruchu.
Wtedy usłyszała.
Ani jęku. Ani krzyku.
Ale kroki.
Lekkie kroki na kamiennych schodach, schodzące w dół.
Maria poczuła, jak krew zastyga jej w żyłach. Ktoś schodził. Ktoś, kto wiedział o tych schodach. Ktoś, kto nie chciał zostać odkryty.
Szybko zamknęła pudełko, mocno naciągnęła fartuch na pierś i przycisnęła się do ściany, trzymając lampę jak najbliżej, jakby słabe światło było jej jedyną obroną.
W otworze pojawił się cień mężczyzny.
Maria wstrzymała oddech.
Kiedy postać weszła do pokoju, uniosła lampę, a jego twarz się rozjaśniła.
— Pan Jacob?!…
Mężczyzna patrzył na nią długo. Nie ze złością. Nie ze strachem. Ale ze smutkiem, jakiego Maria nigdy wcześniej u niego nie widziała.
— Nie miałaś tu trafić, Mario… ale jeśli trafiłaś, to znaczy, że tak miało być.