W środku znajdowały się skórzane torby przewiązane sznurkiem. Otwierała je po kolei i czuła, jak miękną jej kolana: były pełne złotych monet, migoczących słabo w świetle lampy. Obok nich leżał gruby plik papierów z długami, aktami własności, a wśród nich notes oprawiony w skórę.
Otworzyła go. Na pierwszej stronie widniał napis: „Dziennik Grigore Mendu”.
To było imię ojca Iacoba.
Maria nie chciała niczego kraść. To nie był ten człowiek. Ale wiedziała, że to, co znalazła, może zmienić życie – może nawet jej. Może Jakub nawet nie wiedział, co kryje się pod jego własną posiadłością.
Przewracając strony, poczuła zimny powiew wiatru w pokoju. Lampa zamigotała. Maria zamarła w bezruchu.
Wtedy usłyszała.
Ani jęku. Ani krzyku.
Ale kroki.
Lekkie kroki na kamiennych schodach, schodzące w dół.
Maria poczuła, jak krew zastyga jej w żyłach. Ktoś schodził. Ktoś, kto wiedział o tych schodach. Ktoś, kto nie chciał zostać odkryty.
Szybko zamknęła pudełko, mocno naciągnęła fartuch na pierś i przycisnęła się do ściany, trzymając lampę jak najbliżej, jakby słabe światło było jej jedyną obroną.