Świt nastał szary, jakby samo niebo się wahało.

Kiedy wynajęta ciężarówka podjechała przed drewniany dom, Laura, jak co dzień, suszyła pranie. Zamarła, widząc, jak wysiada.

Nie miał na sobie garnituru. Miał na sobie nowe buty, owszem, ale proste. A w jego oczach malowała się determinacja.

„Naprawiłem to, co musiałem naprawić” – powiedział, podchodząc. „Teraz chcę wiedzieć, czy jest tu jeszcze dla mnie miejsce”.

Mateo wybiegł pierwszy.

-Andrzej!

To nazwisko zrobiło na nim większe wrażenie niż jakikolwiek nagłówek finansowy.

Alejandro się uśmiechnął.

—Jeśli mi pozwolą… Wolę tutaj pozostać Andrésem.

Laura obserwowała go długo. Wiedziała, że ​​życie z nim nie będzie takie proste. Będą konsekwencje. Być może niebezpieczeństwa. Ale wiedziała też coś głębszego: mężczyzna, który odszedł, nie był tym samym, który wracał.

„Stodoła wciąż jest zepsuta” – powiedział w końcu. „A kukurydza sama się nie zasieje”.