Tak, kupiłam mieszkanie, ale nikogo do siebie na mieszkanie wpuszczać

To było trudne. Wpajane latami poczucie winy podnosiło głowę i gryzło ją od środka. Śniły jej się koszmary, w których jej siostrzenice płaczą, prosząc, by wpuściła je do domu, a ona zatrzaskuje przed nimi drzwi. Budziła się zalana zimnym potem, a Oleg uspokajał ją, głaskał po włosach i szeptał: „Postąpiłaś słusznie. Obroniłaś nas i naszą przyszłość”.

Zanurzyli się po uszy w remont. Sami zdzierali tapety od dewelopera, kuli ściany, nosili worki z zaprawami. Brud, kurz, zmęczenie — to było wybawienie. Każdy wkręcony w ścianę wkręt, każdy wyrównany centymetr tynku był aktem potwierdzenia jej prawa. Prawa do własnego życia.

Pewnego wieczoru, gdy wracali późno ze sklepu budowlanego, pod blokiem czekał na nich Sierioża, mąż Ziny. Wyglądał na zmęczonego i potarganego.

— Musimy pogadać — mruknął, nie patrząc na Ksiuszę — zwracał się po męsku do Olega.

— Mów — Oleg stanął między nim a żoną, jakby ją osłaniał.

— Znaleźliśmy wynajmowane mieszkanie — wysyczał Sierioża. — Babciowy standard, daleko od wszystkiego. Ale da się żyć. Twoja Zinka… — skinął głową w stronę Ksiuszy — całkiem z torów wypadła. Ma cię za wroga numer jeden. Matka ją nakręca.

— A ty co myślisz? — zapytał Oleg.

Sierioża milczał chwilę, kopnął kamień.

— Ja… Ja wiem, że sami jesteśmy winni. Trzeba było myśleć. To Zinka i twoja matka wpadły na pomysł, że da się prześlizgnąć za darmo. Ja też się na to nabrałem… A kto by odmówił? Ale szczerze? Dobrze zrobiliście. Nie można tak siadać komuś na kark. Więc… nie miejcie do mnie żalu.