— Nikogo nie wyrzucam — ucięła Ksiusza. — Mieli własne mieszkanie, które sami zdecydowali się sprzedać. To ich dorosła decyzja i ich odpowiedzialność.
Tak, kupiłam mieszkanie, ale nikogo do siebie na mieszkanie wpuszczać
Zina wybuchnęła płaczem. Sierioża zerwał się z miejsca, przewracając krzesło.
— No pięknie, dziękujemy, siostrzyczko! Nie spodziewałem się po tobie takiej podłości! Chodź, Zina, nie mamy tu czego szukać.
Wyszli, głośno trzaskając drzwiami. Tamara Pawłowna posyłała w stronę Ksiuszy piorunujące spojrzenia. Ojciec wreszcie podniósł głowę.
— Nie powinnaś tak, córko. Rodzina to rodzina.
— A kiedy ja potrzebowałam rodziny, gdzie wszyscy byli? — zapytała gorzko Ksiusza. — Kiedy prosiłam o pożyczkę? Kiedy przeprowadzaliśmy się z jednego wynajmu na drugi? Nikt nie powiedział: „Pozwólcie, pomożemy wam”. Wszyscy mieli coś do roboty. A teraz, kiedy ja coś mam, nagle wszyscy sobie przypomnieli, co to więzy rodzinne.
Ujęła Olega za rękę.
— My też pójdziemy. Dziękujemy za obiad.
W drodze do domu milczeli. Ksiusza patrzyła przez okno, a łzy same spływały jej po policzkach. To nie były łzy żalu — to były łzy bólu i jednocześnie ulgi. Po raz pierwszy w życiu powiedziała „nie”. Powiedziała twardo i nieodwołalnie. I to było jednocześnie straszne i właściwe.
Kolejne tygodnie były koszmarem. Matka dzwoniła codziennie, ale jej głos był zimny, obcy. Nie prosiła — żądała, obwiniała, przeklinała.
Mówiła, że Zina z rodziną gnieżdżą się w jakiejś norze, że dzieci chorują, że to wszystko wina Ksiuszynej bezduszności. Zina pisała pełne pretensji, oskarżycielskie wiadomości. Ksiusza przestała odbierać telefon i czytać SMS-y. W końcu zablokowała je obie.