Podróż do domu rodziców Luisa nie trwała długo, ale w mojej głowie wydawała się nie mieć końca.
Tata nie włączył radia. Nic nie powiedział. Po prostu jechał z tym napiętym spokojem, który znałem od dziecka: tym samym spokojem, który miał, gdy w środku burzy wybuchł transformator i wszyscy uciekli, tylko nie on.
Spojrzałem przez okno na znajome ulice okolicy: sklepy z barami, stoiska z taco, w których zaczynały zapalać się światła, normalne życie, które toczyło się tak, jakby moje nie miało za chwilę eksplodować.
Gdy skręciliśmy za róg, za którym mieszkali Rosa i Don Ernesto, poczułem, jakby powietrze stanęło mi w piersi.
"Tato..." wyszeptałam.
Zaparkował tuż przed domem, nie odpowiadając. Dwupiętrowy dom, pomalowany na jasnożółty kolor, z małym balkonem i idealnie ustawionymi doniczkami. Zawsze nieskazitelny. Zawsze schludny. Zawsze z zasadami.
„Zostań tu na chwilę” – powiedział.
„Nie” – odpowiedziałem, zaskakując samego siebie. „Jeśli ty wchodzisz, ja też wejdę”.
Tata spojrzał na mnie. Nie jak na małą dziewczynkę. Jak na kobietę, która podejmuje decyzję.
Skinął głową.
Wysiadł pierwszy i obszedł samochód dookoła, żeby mi pomóc. Kiedy postawiłem stopę na ziemi, przeszył mnie ból, ale nie cofnąłem się. Wziąłem głęboki oddech. Mateo mruknął coś na tylnym siedzeniu.