— Te pieniądze trafią na nasze wspólne konto rodzinne — oznajmiła teśc
— Ile? — zapytała Marina.
— No… trzy tysiące miesięcznie wystarczą. Więcej ci nie potrzeba, i tak nie masz się gdzie stroić — praca i dom.
Marina policzyła w myślach. Trzy tysiące z jej sześćdziesięciu. Pięć procent własnej pensji.
— Hojnie — stwierdziła bez żadnego wyrazu twarzy.
Teściowa zadowolona kiwnęła głową, nie wychwytując ironii.
— Ja też daję Sierioży kieszonkowe. Jemu się należy trochę więcej, on przecież mężczyzna, ma spotkania, reprezentacyjne wydatki.

— Mamo, daj spokój — mruknął zawstydzony Siergiej.
— Nic takiego, synku. Rozumiem. Jesteś naszym żywicielem.
Marina patrzyła na męża. Żywiciel, który oddaje matce całą pensję i dostaje od niej kieszonkowe w wieku trzydziestu pięciu lat. Opuściła wzrok i jadła dalej.
Po kolejnym miesiącu wydarzyło się coś niespodziewanego. W pracy zaproponowano Marinie awans. Nowe stanowisko, nowe obowiązki i pensja niemal dwa razy wyższa. Szefowa, mądra kobieta około pięćdziesiątki, odciągnęła ją po zebraniu na bok.
— Marina, jesteś świetną specjalistką. Ale chcę cię uprzedzić — to nie tylko podwyżka. To odpowiedzialność. Delegacje. Nieregulowany czas pracy. Dasz radę?
— Dam radę — odpowiedziała stanowczo Marina.