— Te pieniądze trafią na nasze wspólne konto rodzinne — oznajmiła teśc

— Dziękuję — odpowiedziała Marina. — Przy okazji, będę miała delegacje. Pierwsza za dwa tygodnie, pięć dni w Petersburgu.

— Delegacje? — zmarszczyła brwi teściowa. — A dom? Dziecko?

— Lizę można zostawić na świetlicy. Albo wy z Siergiejem sobie poradzicie. W końcu jesteście rodziną, wszystko jest wspólne, wzajemna pomoc.

Walentyna Iwanowna zacisnęła usta, ale nic nie powiedziała. Sto dwadzieścia tysięcy miesięcznie było warte pewnych niedogodności.

Pierwszą podwyższoną pensję Marina przyniosła po miesiącu. Oddała teściowej jak zwykle. Ta przeliczyła banknoty z wyrazem błogiego szczęścia na twarzy.

— Marino, a gdzie reszta?

— Jaka reszta?

— No przecież mówiłaś: sto dwadzieścia. A tu jest osiemdziesiąt.

— Ach, to. Czterdzieści tysięcy to delegacje. Idą na osobne konto, to pieniądze celowe. Trzeba się z nich rozliczyć.

Teściowa zmarszczyła czoło.

— Ale przecież nie wszystko wydasz w delegacji. Zawsze można trochę zaoszczędzić.