— Mamo, może jednak oddamy Marinie chociaż część jej pieniędzy? — mówił Siergiej. — Przecież naprawdę dużo pracuje.
— Czy ty zwariowałeś? — oburzyła się Walentyna Iwanowna. — Po co jej pieniądze? I tak nie ma na co ich wydawać, ja ją karmię, ubieram. Nam z tobą są bardziej potrzebne. Wiesz, że odkładam dla ciebie na mieszkanie.
— Ale przecież mamy to mieszkanie…
— To zostanie dla mnie. A tobie potrzebne jest własne. Jak ci się znudzi ta Marina i znajdziesz sobie normalną żonę, to gdzie będziecie mieszkać?
Marina zastygła w przedpokoju. Serce waliło jej tak głośno, że wydawało się, iż muszą je usłyszeć. Ale oni mówili dalej.
— Mamo, co ty opowiadasz? Marina jest moją żoną, mamy dziecko…
— No i co z tego? Mało to takich? Rozwiedziesz się, znajdziesz inną. Młodszą, ładniejszą. I taką, która będzie mnie naprawdę szanować, a nie udawać, jak ta. Myślisz, że nie widzę, jak na mnie patrzy? Ale nic, niech na razie pracuje i przynosi pieniądze. A potem się zobaczy.
— Mamo…
— Dość, Sierioża. Ja lepiej wiem, co jest dla ciebie dobre. Zawsze wiedziałam. I mieszkanie ci kupimy za te pieniądze. Niech oślica pracuje, a my z tobą będziemy żyć.

Marina bezszelestnie zamknęła drzwi i zeszła na dół. Usiadła na ławeczce przed blokiem i wyjęła telefon. Palce jej nie drżały. W środku panowała dziwna, lodowata pustka. Otworzyła aplikację bankową i spojrzała na kwotę oszczędności. Wystarczy. Na początek na pewno wystarczy.
Wybrała numer przyjaciółki, która zajmowała się nieruchomościami.
— Halo, Swieta? Tu Marina. Pamiętasz, mówiłaś o tamtym dwupokojowym w nowym bloku? Nadal do wynajęcia? Świetnie. Można obejrzeć jutro? Tak, przyjadę sama. Dziękuję.
Potem wróciła do mieszkania. Tym razem weszła głośno, od progu wołając:
— Jestem! Wróciłam wcześniej!