Rano odpaliłem samochód i pojechałem do wioski. Była ponad 200 kilometrów stąd, ale nie czułem drogi. Kiedy dotarłem, jego dom był taki sam jak zawsze – mały, z zapadającym się dachem i zapachem mokrej ziemi. Zapukałem do drzwi, ale nikt nie otworzył.
Sąsiad wyszedł i powiedział do mnie cicho: „Poszedł do szpitala, zabrali go wczoraj w nocy. Zachorował w drodze”.
Pobiegłem tak szybko, jak mogłem. Kiedy tam dotarłem, leżał na łóżku, słaby, z kroplówką w ręku. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. „Wiedziałem, że przyjdziesz” – powiedział.
Wybuchnąłem płaczem. Wziąłem go za rękę i powiedziałem, że zapłacę za operację, że zabiorę go do domu i że nigdy więcej nie zostawię go samego. Ale on tylko gestem nakazał mi milczenie.
„Nie musisz już nic robić. Zrobiłeś wystarczająco dużo. Dożyłem, żeby zobaczyć, jak dorastasz. I widzisz, dorastasz. Reszta nie ma znaczenia”.
Potem, w niezrozumiałej ciszy, zamknął oczy.