Pracowałam całe lato. Połamałam dłonie. Dostałam pęcherzy. Płakałam po nocach z bólu.
Ale jesienią, w tym solarium, pojawiły się pierwsze pomidory.
Duże pomidory. Mięsiste. Słodkie.
Zabierałam je na targ, do miasta. Na początku ludzie mnie mijali. Byłam kobietą w czarnej chuście, milczącą.
Potem je próbowali.
— Skąd one są?
— Z Valea Secăturii.
Niektórzy się śmiali. Ale kupili.
Za pierwsze pieniądze, około 4800 zł zebrane w ciągu kilku miesięcy, postawiłam szklarnię. Potem kolejną.
W drugim roku nie sprzedawałem tylko pomidorów. Sprzedawałem też paprykę, ogórki, sałatę i dymkę.
W trzecim roku miałem umowę ze sklepem w mieście.
I pewnego ranka, wracając z targu wynajętym vanem pełnym pustych skrzynek, zobaczyłem przy bramie mojego młodszego szwagra i jego brata.
Patrzyli przez płot.
Gdzieś tam, gdzie kiedyś była spękana ziemia, teraz była zielona, jak okiem sięgnąć. Białe szklarnie, równe rzędy, wywiercona studnia z nową pompą.