W Walentynki przeprowadziłem resuscytację krążeniowo-oddechową u bezdo

"Wrzosiec-"

Wstałem, chwyciłem płaszcz. „Smacznego wina”.

„Czy możemy porozmawiać jak dorośli?” – warknął.

„Dorośli nie wyciągają komuś dywanu spod nóg, a potem nie żądają spokojnego tonu.”

"Powiedziałem, że mi przykro."

„Tym samym głosem, którego używasz, gdy nie ma Wi-Fi” – powiedziałem i wyszedłem.

Zimne powietrze uderzyło mnie, jakby próbowało mnie obudzić. Na zewnątrz panował chory żart: serduszka w oknach, wszędzie pary, faceci trzymający kwiaty jak trofea.

Nie mogłam wrócić do domu. Domem było nasze mieszkanie, moja książka ratownika medycznego leżała na stole, a kalendarz odliczał czas do ostatecznej oceny. Więc poszłam, bo stanie w miejscu przypominało tonięcie.