W Walentynki przeprowadziłem resuscytację krążeniowo-oddechową u bezdo

Mój mózg wciąż wykonywał obliczenia. Zostały dwa miesiące. Bez pracy. Jace zapłacił większość czynszu. Miałam oszczędności, ale nie te na „niespodziewane rozstanie”.

W połowie bloku usłyszałem wilgotny, okropny świst dochodzący z alejki między barem a butikiem.

Na początku myślałem, że to pijany facet. Potem go zobaczyłem: mężczyzna leżący obok śmietnika, drgający.

Ludzie stali przy wejściu do alejki i obserwowali.

Kobieta zakryła nos. „O mój Boże, jak on śmierdzi”.

Facet w marynarce mruknął: „Nie dotykaj go. Pewnie coś ma”.

Rozejrzałem się. Nikt się nie poruszył.