W Walentynki przeprowadziłem resuscytację krążeniowo-oddechową u bezdo

Cienki.

Zacisnąłem dłonie i zacząłem uciskać, mocno i szybko, licząc na głos, żeby nie wpaść w panikę. Palą mnie ręce. Pot zamarza mi na plecach.

Głos nastolatka w słuchawce zadrżał. „Ta pani robi resuscytację krążeniowo-oddechową. Jesteśmy za barem z neonowym szyldem z psem”.

Facet w marynarce odsunął się. Jakby współczucie było zaraźliwe.

W końcu syreny przecięły noc. Przybiegli ratownicy medyczni i jeden z nich wylądował obok mnie.

"Rozpoczęłaś uciskanie?"