Zapadła ciężka cisza. Muzyka w holu wciąż grała radośnie, ale nikt na zewnątrz nie oddychał normalnie.
— Nie… to niemożliwe… — wyszeptał ktoś z tłumu.
— Cztery godziny stał z rękami we krwi mojego dziecka — kontynuował mężczyzna. Cztery godziny, w ciągu których mógł odejść, ale tego nie zrobił. Gdyby nie ona, jechalibyśmy teraz do kostnicy, a nie na ślub.
Pani Maria chwyciła za ramię krewnego. Jej twarz zbladła.
Wtedy w drzwiach pojawił się Andriej. Był ubrany w garnitur, z lekko przekrzywionym krawatem i kieliszkiem szampana w dłoni. Przyglądał się tej scenie ze zdumieniem.
— Co tu się dzieje?
Kiedy zobaczył matkę prawie mdlejącą i Teodorę stojącą prosto, z pogniecioną suknią ślubną, zrozumiał.
— Teodoro… dlaczego nie weszłaś?
Spojrzała na niego spokojnie, po raz pierwszy bez bólu.
— Bo twoja matka mnie wyrzuciła. Bo na to pozwoliłeś.
Mężczyzna w SUV-ie podszedł do Andrieja.
— Ta kobieta wybrała życie mojego dziecka ponad własny ślub. Co wybrałaś?
Andriej otworzył usta, ale nie wydobył z siebie ani słowa.