We wsi go opluli, a po tygodniu do jego płotu przybył generał
Wczoraj w południe nasza cicha ulica po prostu drżała. Kurz, jak okiem sięgnąć, ryk silników – przy zrujnowanym płocie Milutina zatrzymała się kolumna złożona z dwóch czarnych jeepów eskorty i samochodu służbowego z wojskowymi numerami. Sąsiedzi wyszli z domów, przycisnęli się do płotów: „No dobra, pewnie przyszli go pobić za skandal! Pił, aż staruszek oszalał!”.
Siwowłosy generał w pełnym mundurze wysiadł z pierwszego samochodu. Spojrzał gniewnie na tłum, który już szykował się do radowania z czyjegoś nieszczęścia, i skierował się prosto do bramy domu dziadka. Milutin wyszedł na werandę w swojej dziurawej kurtce, mrużąc oczy od jasnego słońca.
A potem wydarzyło się coś, co odebrało mowę całej wiosce. Generał nagle zamarł, stanął na nogach i… zasalutował. Głośno, wyraźnie, zgodnie z regulaminem.
„Niech żyje towarzyszu dowódco!” – głos generała rozbrzmiał po całej ulicy.
Milutin był zagubiony, próbował wygładzić siwe włosy: — Zostaw to, Sereja... Jakim dowódcą jestem teraz?