Jego ton nie był groźny. Był niemal rodzicielski. I właśnie to sprawiło, że zdanie zabrzmiało jeszcze groźniej.
Ursu zaśmiał się krótko, fałszywie.
— Słuchaj, teraz wiem.
Przygotował się do uderzenia go, unosząc pięść jak młot. Ale co stało się chwilę później, nikt nie rozumiał.
Artur wstał nagle, ale bez pośpiechu. Złapał Kelana za rękę ruchem tak prostym, że wydawał się żartem. Przekręcił ją, a suchy trzask wypełnił pomieszczenie.
Niedźwiedź zaryczał. Ryk, który zniszczył całą jego pewność siebie jako zwierzęcia bojowego.
— Boże… — wyszeptał ktoś.
W jednej chwili kolos padł na kolana.
Artur spojrzał na niego. Nie z nienawiścią. Nie z satysfakcją. Z głębokim smutkiem, jakby zobaczył przed sobą zagubione dziecko.
— Mówiłem ci, żebyś mnie nie dotykał.
Potem go puścił. Po prostu. Jakby nic się nie stało. Usiadł z powrotem i kontynuował posiłek.