Cisza była całkowita. Zamrożona.
Kelan nie wydał już ani jednego dźwięku. Z krzywo opuszczoną ręką zacisnął usta i cofnął się o dwa kroki. Jego wzrok był pełen strachu, prawdziwego, okrutnego strachu, którego nie czuł od dzieciństwa.
— Ten człowiek… nie jest normalny… — wyszeptał jeden z nowych więźniów.
Ale starzy ludzie w więzieniu wiedzieli: nie był szalony. Był człowiekiem, który widział zbyt wiele. Może zbyt wiele zbrodni, zbyt wiele nocy, w których jego dusza pozostała w ciele.
W kolejnych dniach nikt nie zbliżał się do stolika Artura. Wręcz przeciwnie, ludzie robili mu miejsce, niczym ksiądz niosący trumnę.
W obliczu tego nowego szacunku – czy strachu, jakkolwiek to nazwać – starzec ruszył naprzód spokojnym krokiem.
Pewnego dnia strażnik zapytał go:
— Co właściwie zrobiłeś?
Artur zatrzymał się. Spojrzał przez strażnika, nie na niego.