Kiedy wróciłem do domu, Iulia czekała na mnie z bladym uśmiechem.
– Gdyby nie Străjer, mógłbyś się nie obudzić na czas – powiedziała.
– Tak, to nasz anioł – mruknąłem.
Wiosna nadeszła z trudem, ale nadeszła. Las się obudził, a świeże powietrze dobrze zrobiło Iulii. Pewnego ranka wyszła na dwór bez rurki tlenowej. – Słuchaj, Arturze… Mogę oddychać – powiedziała ze łzami w oczach.
Poczułem, jak ściska mi się serce. Străjer siedział między nami, pozwalając nam głaskać jego szorstkie futro.
Minął rok. Dzieci nas nie odwiedzały. Nawet nie dzwoniły. Ale pewnego dnia pojawił się listonosz z listem. Był od Diany. Napisano w nim, że restauracja Bernarda zbankrutowała, że Javier opuścił kraj, a pozostali walczą o spadek, który już nie istnieje.
Włożyłem list do pieca i patrzyłem, jak się pali. Julia spojrzała na mnie spokojnie.
– Może tak miało być – powiedziała cicho.