Przed szpitalem siedzieliśmy jak na jakimś dziwnym, rodzinnym spotkaniu. Przytulaliśmy się. Płakaliśmy. Niektórzy trzymali torby z owocami. Inni – domową zupą. Jeszcze inni po prostu gapili się w podłogę.
„Zawsze była taka silna…” wyszeptała Ola, najmłodsza z nas. „To niemożliwe…”
Czas płynął powoli. Nie do zniesienia.