Wychowała jedenaścioro dzieci, które nie były jej biologicznymi dziećm

Przed szpitalem siedzieliśmy jak na jakimś dziwnym, rodzinnym spotkaniu. Przytulaliśmy się. Płakaliśmy. Niektórzy trzymali torby z owocami. Inni – domową zupą. Jeszcze inni po prostu gapili się w podłogę.

„Zawsze była taka silna…” wyszeptała Ola, najmłodsza z nas. „To niemożliwe…”

Czas płynął powoli. Nie do zniesienia.

Wujek Petru stał na korytarzu, niesiony na plecach, jakby postarzał się przez noc.

„Wspominał o was wszystkich” – powiedział cicho. „Pytał, czy przyjdziecie”.