Pewnej nocy niebo zrobiło się białe i gniewne. Wiatr zaczął wyć między domami. Śnieg uderzał w okna niczym garść piasku.
W domu wujka Gheorghe’a komin się zatkał. W innych drzwi zostały wyrwane. Niektórzy nie spali całą noc, dorzucając drewna do ognia i drżąc z zimna.
U Marii ogień był słaby.
Wewnątrz wciąż było gorąco.
Kielichy utrzymywały powietrze w bezruchu. Ściany nie oddychały już chłodem. Podłoga nie gryzła ich już w stopy.
Dzieci spały.
Andriej w pewnym momencie się obudził i wyszeptał:
— Mamo… już nie jest zimno.
Maria zamknęła oczy i po raz pierwszy od miesięcy poczuła, że nie walczy ze światem sama.
Zamieć trwała trzy dni.
Kiedy ustała, wioska się zmieniła. Powalone płoty. Porozrzucane drewno. Ludzie powoli wychodzili z domów, ich twarze były zmęczone.
Nea Gheorghe podszedł prosto do niej.