Z lasu wyłoniły się trzy osoby.

I wilk powstał.

Stał chwiejnie na trzech nogach. Zrobił jeden krok. Potem drugi. Każdy ruch sprawiał ból, ale szedł naprzód. Kobieta szła obok niego, lekko przed nim, wskazując mu drogę.

Nie odwrócił się, ale czuł, że stado podąża za nimi. Nie wprost, nie otwarcie. Ale byli tam.

Dotarcie do małej górskiej chaty zajęło im prawie godzinę. Kiedy w końcu zobaczyli krzywy dach i dym unoszący się z komina, nogi kobiety trzęsły się ze zmęczenia. Wilk padł przed progiem. Otworzyła drzwi, przyciągnęła starą ławkę i, z całych sił, pomogła zwierzęciu wejść do środka.

W środku unosił się zapach ziół i ciepłego pieca. Położył wilka na starym kocu, nalał mu wody i rozpalił ogień. Jego ręce poruszały się pewniej niż wcześniej, kiedy pomagał krowom sąsiada lub opiekował się wioskowymi psami. Oczyścił ranę ciepłą wodą najlepiej, jak potrafił, wyprostował nogę i szczelnie zabandażował ją czystymi szmatami.

Wilk to znosił. Czasami warczał cicho, ale dalej nie szedł. Kiedy skończył, zwierzę z wyczerpania opuściło głowę.

Na zewnątrz rozległo się wycie.