Zamknąłem żonę w szafie, bo odpowiedziała mojej matce

— „Wszystko w porządku? Wyglądasz jak kapusta”.

Spojrzałem na niego.

— „Straciłem żonę. To była moja wina”.

Kierowca powoli skinął głową.

— „W takim razie nie masz wyboru i musisz za nią pojechać”.

— „Ale ona już jedzie…”

— „I co? Jeśli ci na niej zależy, uciekaj. Nie tylko nogami. Duszą”.

Jego słowa uderzyły mnie w tył głowy. Po raz pierwszy obcy człowiek powiedział coś, do czego nie miałem odwagi się przyznać: zawsze stawiałem Marię na drugim miejscu, zaraz po matce.

Zadzwoniłem do kolegi i poprosiłem, żeby pilnie zawiózł mnie do Braszowa. Po drodze stałam z głową przyciśniętą do szyby, a łzy płynęły mi bezlitośnie. Przypomniałam sobie wszystkie chwile, kiedy Maria prosiła mnie tylko o szacunek, o odrobinę spokoju, o prawo do bycia matką w zgodzie z własnym rozumem i sercem.

I jak ja, zaślepiona, obwiniałam ją za wszystko.

Dotarłam do Braszowa w porze lunchu. Ostatkiem sił pobiegłam na dworzec autobusowy. Szukałam jej wśród ludzi, czułam, że mogę ją stracić na zawsze, jeśli jej teraz nie znajdę.

Wtedy ją zobaczyłam.

Siedziała na ławce, trzymając dziecko w ramionach i próbując je uśpić. Była zmęczona, blada, ale spokojna. Po raz pierwszy wydawało się, że oddycha normalnie.

Podeszłam do niej powoli.

— „Maria…”

Wstała, a potem nagle wstała. Cofnęła się o krok, osłaniając dziecko ramionami.

— „Proszę… Nie chcę tam wracać.”

Poczułam, jak serce ściska mi się w imadle.