Ionuț uśmiechnął się lekko.
„Potrzebujemy wolontariuszy. Dzisiaj jedziemy do domu opieki. Przynosimy im chleb, rąbiemy drewno, pomagamy im w czym tylko możemy. Jeśli chcesz pokazać, że czegoś się nauczyłeś, chodź z nami”.
Bogdan zamrugał kilka razy.
„Ja? Do domu opieki?”
„Tak” – odparł Ionuț. „Oczywiście, jeśli jesteś odważny”.
Tłum wybuchnął ciepłym śmiechem.
Bogdan spuścił wzrok. Jego duma prysła. Ale coś w tej atmosferze – może spojrzenie Eleny, może wstyd, może fakt, że nie wydawał się już panem świata – sprawiło, że powiedział:
„Dobrze. Idę”.
Ionuț poklepał go lekko po ramieniu.
„Zgadza się”.
Elenę zaproszono do przodu. Rowerzyści i ludzie na stacji zaczęli cicho klaskać, niczym fala, która powoli wznosi się i opada. Nie były to oklaski za incydent. Były to oklaski za to, że pewnego chłodnego poranka w Bukareszcie grupa zwykłych ludzi postanowiła być inna.
Kiedy autobus linii 133 się zatrzymał, kierowca otworzył drzwi i zapytał: