Zięć wstawił zamek do pokoju w moim mieszkaniu: „To nasza prywatna prz

Oleg nerwowo parsknął. Dźwięk wyszedł nieprzyjemny, ostry.

— Mario Siergiejewno, bez wykładów. Proszę otworzyć kuchnię. Tam są moje produkty. Kupiłem je, to moja własność. Nie ma pani prawa ich przetrzymywać.

Spojrzałam na niego z zainteresowaniem. Jak szybko zmienia się retoryka: pięć minut temu to był „nasz dom”, a teraz — „moje produkty”.

— A w tamtym pokoju, Oleg, stoi moja lampa podłogowa. I dywan, który dostałam na jubileusz. Zamknęliście je na klucz. A ja przecież nie żądam, żebyście oddali mi dostęp do dywanu natychmiast, prawda?

— To co innego! — podniósł głos zięć. — To pokój mieszkalny! To prywatna przestrzeń! Pani naprawdę nie rozumie? To jakiś absurd! Lena, powiedz jej! Ona ma, na Boga, swoje… „wiekowe”!

Słowo „wiekowe” zawisło w powietrzu. Lena przestraszona drgnęła, chwyciła męża za rękaw:

— Oleg, przestań…

— A co mam przestać? — strącił jej dłoń. — My tu jesteśmy jak na łasce, czy co? Jestem mężem jej córki, jestem tu zameldowany… to znaczy, będę zameldowany! Jesteśmy rodziną! A ona zachowuje się jak dozorczyni!

W środku coś we mnie dźwięcznie pękło. Nie uraza — nie. Raczej ostatnia nitka litości. Wstałam.