Tej nocy Matylda nie mogła spać. Wpatrywała się w sufit, po raz pierwszy czując inne uczucie: ciekawość.
Rano Adrian czekał na nią na podwórzu. Dom był duży, zimny i cichy, ale otaczający go teren był pełen wzgórz, sadów i stajni. Za dziedzińcem, w starej oficynie, siedziało dzieci: sześcioro w wieku od 5 do 15 lat. Wszystkie brudne, smutne, o zagubionych spojrzeniach.
— To sieroty — powiedział Adrian. — Przyprowadziłem je tutaj, żeby nie skończyły na ulicy. Ale nie wiem, jak być dla nich ojcem. Nikt mnie nie uczył.
Po raz pierwszy Matylda poczuła, jak coś ciepłego wypełnia jej serce.
Zeszła na dół, podeszła do nich, otarła łzy, a następnie przemówiła do każdego dziecka po imieniu. Przygotowała im gorącą wodę, wyprała ubrania, zrobiła coś ciepłego do jedzenia. I patrząc, jak się śmieją, poczuła, że jej życie się nie skończyło – dopiero się zaczęło.
Tego samego wieczoru Matylda zapukała do drzwi Adriana.